Wielkie M.

Miłość. Dzisiaj chyba więcej w niej marketingu niż uczuć. Sprzedajemy części siebie, a druga osoba waży na wadze i ocenia wartość deklarowanych słów oraz obietnic. Raz dane słowo powinno zobowiązywać, być gwarancją by zachęcony klient powrócił po większą część Ciebie. Sprzedaje się uczucia, jak słowa na targu, a obietnice latają jak śmieci na targowisku na Kole po całym dniu handlu. Tylko nie ma komu po nim posprzątać.

Dzisiaj do niczego nie jesteśmy w stanie się zobowiązać, a najtrwalszym związkiem w dzisiejszych czasach jest ten, w którym zadłużamy się na 40 lat w banku by zakupić kilka metrów dla siebie. Myślisz, że to jest Twoje? Nie, parapetówkę właściwie możesz zrobić dopiero po kilkudziesięciu latach, jak spłacisz kredyt. Cenę tej relacji określa bank, wiąże Cię na lata, choć nawet teraz by zawrzeć z nim umowę musisz mieć spory wkład własny. Tylko zamiast uczuć, miła pani w okienku poprosi o kilkadziesiąt wolnych tysięcy na koncie. Nawet jak powiesz jej, że ma piękne oczy i jest najbardziej zjawiskową kobietą, jaką spotkałeś to najwyżej się uśmiechnie i odpowie, że takie teksty to czyta co miesiąc w Cosmo. A Ty płać, bo dzisiaj liczy się tylko kasa.

Słodko i gorzko? Na dobre i na złe? Na zawsze? Brzmi już tylko jak nazwa kiepskiego polskiego serialu emitowanego wieczorami dla kobiet w telewizji. Zmiany statusów związku na portalach społecznościowych zmieniają się równie często, jak reklamy w telewizji. A takie relacje trwają jak 30-sekundowy spot, do którego nie zdążysz się przyzwyczaić, bo okazuje się że budżet za mały, reklama nie taka, a odbiorcy jedynie świta, że coś kiedyś mogło takiego istnieć. Wspólne zdjęcia można usunąć przy pomocy jednego przycisku, gorzej ze słowami, którymi rzucamy z łatwością, a nikt nie bierze za nie odpowiedzialności. Czy słowem jest jeszcze „<3”, czy ktokolwiek rozlicza z nas z deklarowanych uczuć? Jest znacząca różnica pomiędzy „kocham” a „lubię”, pomiędzy „<3” a „kocham Cię”.

Mam wrażenie, że dzisiaj czujemy się tak pewni siebie, że nawiązujemy nowe znajomości z większą łatwością w sieci, niż w realnym świecie. Jesteśmy z kimś, a z drugiej strony porównujemy się, zastanawiamy czy z kimś innym byłoby nam lepiej. Moje pokolenie nie zna pojęcia „granica”, bo dzisiaj możemy wyjechać gdzie i kiedy mamy na to ochotę, nikogo nie dziwi też 15-latka ledwo trzymająca się na nogach. Mało kto nakłada względem siebie własne ograniczenia, wszyscy przecież chcą być wolni, mimo że znaczenie tego słowa znają osoby tylko walczące o wolność dla kolejnych pokoleń.

Julian i Helena.

 „Julian Dryja urodził się 6 stycznia 1924 roku w Sędziszowie Małopolskim. Całe jego życie związane jest z mundurem, już w wieku 14 lat jako chłopiec był członkiem orkiestry strażackiej, a w czasie okupacji czynnym członkiem w Ochotniczej Straży Pożarnej Sędziszów Małopolski.

W październiku 1944 r. wstąpił jako ochotnik do Wojska Polskiego, i w II Armii – 10 Dywizji Sudeckiej uczestniczył w walkach nad Nysą i Sprewą. Został ranny w czasie patrolu na terenie Wrocławia w 1945 r., jako inwalida wojenny zdemobilizowany w 1946 r.

W tym też roku rozpoczął pracę na stanowisku kierownika ochrony przeciwpożarowej z Zakładach Energetycznych w Zgorzelcu.

Szkołę Podoficerską ukończył w 1947 r., a Szkołę Oficerów Pożarnictwa w 1949. Później pracował na różnych stanowiskach na terenie województw wrocławskiego i bydgoskiego, gdzie w latach 1953-1957 był Komendantem Wojewódzkim. W 1957 r. przybył na teren województwa olsztyńskiego. Był Komendantem Powiatowym, Miejskim i Rejonowym Straży Pożarnych w Olsztynie od roku 1957 do 1977. Przed przejściem na emeryturę roku pełnił służbę w Komendzie Wojewódzkiej Straży Pożarnych na stanowisku Inspektora. Zawodową służbę zakończył w 1981 roku w stopniu pułkownika pożarnictwa. Przez cały okres pracy zawodowej był oddanym działaczem ochotniczego strażactwa, przyczynił się do zorganizowania ok. 40 OSP. Praca z młodzieżą była jego misją, wychował wiele dobrych społeczników i dowódców, którzy pracowali w pożarnictwie. Jego syn Tadeusz, który poszedł w ślady ojca był także oficerem pożarnictwa i Komendantem Rejonowym Straży Pożarnych w Olsztynie w latach 1982-1988.

Od 1962 do 1974 roku był przewodniczącym Okręgowego Sądu Honorowego ZOSP. Delegatem na Zjazd Krajowy Związku był pięciokrotnie w roku 1962, 1966, 1970, 1974
i 1979. W kadencjach 1983-1987 i 1987-1991 był członkiem prezydium Zarządu Wojewódzkiego ZOSP.

Aktywnie działał także w innych organizacjach m.in. takich jak: Związku Inwalidów Wojennych, Towarzystwie Miłośników Olsztyna, Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1973 r.), Złotym Krzyżem Zasługi (1964 r.), medalami „Zasłużony na Polu Chwały”, „Za udział w walkach o Berlin”, „Za Odrę, Nysę, Bałtyk”, medalem radzieckim „Za zwycięstwo nad Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945”. Złoty Znak Związku nadano mu w 1977 roku.”

źródło: ZOSPRP (musiało się to tu znaleźć).

Julian poznał Helenę jako młodzieniec. To była jedna z tych historii miłości, która się nie zdarza. Romantyczna do kresu ich dni, szczęśliwa, a jednocześnie trudna. W czasach, gdy liczył się każdy wspólnie spędzony dzień, żyjąc w obawie czy dzisiaj nie jest to jedna z ostatnich takich chwil, pragnie się spędzać czas z osobą, na której naprawdę nam zależy. Oboje zmagali się z trudami wojny, zostali ranni, Helena straciła nogę. Wojna, niepełnosprawność, brak artykułów w sklepach, tygodnie życia bez kontaktu ze sobą, nie zniszczyło tego, o co tak dbali i pielęgnowali od pierwszych swoich wspólnych dni- uczucia. Takich czasów się nie zapomina, o tym trzeba mówić jak było naprawdę, więc wielokrotnie słyszałam różne historie związane z tamtymi czasami. Dla mnie brzmiało to jak opowieść, nigdy nie byłam i wciąż nie jestem w stanie pojąć co działo się w tamtych czasach. Dzisiaj największą walkę jaką staczają obecni mężczyźni jest poderwanie dziewczyny w klubie czy zaliczenie sesji na 3 . Nie, nie oczekuję że będziecie Panowie latali z karabinami, lecz zatraciliście swoją męskość. Ilu z Was byłoby teraz w stanie rzucić wszystko by walczyć w imię ojczyzny? Zamienić rurki na mundur? Iphona na broń? Obronić swoją kobietę?

Julian od młodzieńczych lat wiedział czym jest broń i do czego służy. Każdy strzał mógł się skończyć tragicznie. W XX wieku nikt nie był specjalnie szkolony, nie było wyspecjalizowanego sprzętu ani media nie informowały o przygotowaniach do ataku przeciwnika. Żyło się chwilą, dosłownie. Każdy z pocałunków na pożegnanie mógł być tym ostatnim. Będąc ogarniętym strachem, który był z tyłu głowy każdego walczącego starali się wieść normalne życie. Kłócili się między sobą, by rozmawiać potem godzinami wtuleni w swoje ciała. Dzielili się posiłkiem, gdy było co jeść, opatrywali swoje wojenne rany i byli dla siebie. Nie obiecywali sobie za dużo, w obliczu wojny nic nie jesteś w stanie obiecać. Pragnie się tylko wrócić, odnaleźć siebie nawzajem. Jednego poranka możesz wyjść z domu, a po południu Twój dach nad głową mógł już być zrównany z ziemią. Niczego na wojnie nie można być pewnym, żyje się jedynie nadzieją. Na lepsze jutro, na przeżycie, na zakończenie dnia w ramionach, kogo się naprawdę kocha.

Po wojnie Julian z Heleną stworzyli rodzinę. Helena bez nogi zmagała się jak inni z codziennymi problemami, wychowała dwójkę dzieci. Potem swoje wnuki i prawnuki. Nigdy nie czuła się gorsza, mniej zadbana, niepełnosprawna. Miała w sobie siłę, którą mogła podzielić się z innymi kobietami. Pływała z dziećmi w jeziorze, opiekowała się nimi, jak każda matka, babcia, prababcia. Każdego dnia swojego życia doceniała to co posiada i że Julian jest obok niej. Nie zostawił jej, bo została postrzelona w nogę. Nie zostawił jej, mimo że nie wiedział czy wróci z wojny i jak będzie, gdy ona się zakończy. Nie był w stanie jej nic obiecać, lecz oddał jej każdą część siebie już wtedy na wojnie i pozostał wierny swoim słowom do końca życia. Zbudował dom własnymi rękami z pomocą przyjaciół, posadził drzewo, spłodził syna. Czy ktokolwiek jeszcze z mężczyzn chciałby zrealizować jeszcze takie cele?

Julian i Helena wywalczyli sobie tą miłość. Dbali o nią, o siebie od pierwszych dni. W czasach, gdy nic nie było pewnego, gdy liczyli się tylko ludzie, którzy są blisko Ciebie żyje się intensywniej. Człowiek nie udaje niedostępnego, nie gra, nie ma czasu na flirt i nie udaje, że się nie zaangażował. Wtedy nie było na to czasu, wojna weryfikowała osoby z Twojego otoczenia, życie sprawdzało na kim można było polegać i kto jest słowny.

Gdy Julian dostawał swój kawałek ciasta na deser zawsze połowę zostawiał swojej żonie, mimo że Helena zmagała się z cukrzycą. Julian zawsze wstawał wcześnie, a dzień zaczynał od parzenia kawy Jacobs dla siebie i swojej żony, gdy reszta rodziny jeszcze spała. Przynosił kawę do sypialni, wspólnie słuchali radia i układali w pasjansa. Zawsze pomógł jej wstać, przyniósł jej laskę, pytał jak się czuje, wiedział że nie przepada za piwem i lubi tylko piankę, więc nalewał piwo tak by pianki było jak najwięcej. Mimo że w kuchni było mnóstwo szklanek, pili piwo z jednej. Na początku Helcia wypijała piankę, potem Julek resztę. Jak to kobieta, Helena lubiła czytać plotki z gazet za złotówkę, więc Julian codziennie chodził do kiosku pod blokiem, by sprawić jej tą małą przyjemność. Zawsze całował ją w dłoń, gdy się z nią witał i żegnał. Nawet, gdy wychodził z domu tylko na chwilę. Nie bał się tego, że technika idzie do przodu. Jeździł wiele lat samochodem, potrafił używać telefonu komórkowego, pralki, zmywarki i był ciekawy nowinek technologicznych. Co niedzielę chodził do kościoła. Wrzucał na tacę dwukrotność kwoty, za siebie i Helenę. Ona zawsze na śniadanie robiła jajka na miękko. Zawsze jej wychodziły i były pyszne. Do dziś uczę się, jak zrobić je tak idealnie jak Prababcia. Podczas rodzinnych spotkań, przy stole ściskaliśmy się nawet w kilkanaście osób by móc porozmawiać, zjeść i spędzić razem czas. Kilka pokoleń mogło usiąść wspólnie i spędzić ze sobą czas. Dzisiaj również się o to nie dba. Dzieci zasiadają przy drugim stole bądź jedzą pierwsze by nie przeszkadzać dorosłym. Julian miał zawsze przygotowaną zimą Coca-Colę i Fantę, bo prawnuki lubiły te napoje.  By Helena nie spędzała wielu godzin w kuchni i nie przemęczała się, zawsze zamawiane było KFC. Zawsze, mimo dużego zamówienia docierało szybko, bo dostawca wiedział że starszy człowiek pod tym adresem daje mu napiwek. Helena mało chodziła, z wiekiem było jej coraz ciężej, więc to do niej przychodził fryzjer. Zawsze była zadbana, a Julian każdego dnia nosił koszulę. Dbali każdego dnia o każdy detal. Do końca życia żyli chwilą. Przeżyli razem kilkadziesiąt lat. Rodzina, którą zbudowali była oparta na solidnych fundamentach. Pamiętali i byli na każdej uroczystości wnuków, u prawnuczki na lekcjach historii kilkakrotnie Julian opowiadał o czasach wojny. Dużo ciekawsza lekcja niż ta oparta na suchych faktach z podręcznika. Jego nazwisko jest szlacheckie, można je znaleźć w „Krzyżakach”, jak i w postaci herbu na zamkach. Wielokrotnie udzielał wywiadów mediom, jego wspomnienia zostały nagrane i spisane. Dbał o swoje korzenie i rodzinę. Na ścianie w salonie widniało drzewo genealogiczne, na dłoni nosił sygnet. Potrafił śmiać się, obejrzeć z prawnukami dobranockę o 19, bo wiedział jak ważne w życiu są takie momenty. Helena umarła pierwsza. Julian nie potrafił bez niej żyć, nie radził sobie z myślą że jej już nie ma. Umarł kilka miesięcy później, tuż przed świętami, bo je zawsze spędzał ze swoją ukochaną.

K.

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Wielkie M.

  1. Bo prawdziwa miłość nie powinna podlegać handlowi. Dzisiejsze czasy nie różnią się tak bardzo od tych minionych. Kiedyś nim kobieta dorosła już była „sprzedana” mężowi. Ważne było tylko to jaki posag wniosą przyszli małżonkowie do rodziny. Stąd wszechobecne zdrady. Prawdziwa miłość nie jest towarem, nie podlega gwarancji, wymaga ciągłej uwagi, zabiegania o siebie. Prawdziwa miłość wybacza i rozumie, ale też czasami powoduje cierpienie. Dlatego prawdziwa miłość nie pyta o metrykę, czy stan majątkowy. Szkoda, że tak bardzo dzisiejsi ludzie mylą miłość z towarem, który należy nabyć, bo inni mają a rozsądek nakazuje.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Muszę troszkę się z Tobą nie zgodzić. Uważam, że czasy jednak się zmieniły. Dzisiaj żyjemy chwilą, boimy się zobowiązań i ciągle sprawdzamy siebie nawzajem w związku. Mamy szersze horyzonty, świadomość że świat może być u naszych stóp, więc w dużo mniejszym stopniu angażujemy się w jedną relację. Kiedyś byliśmy ograniczeni do miejsca zamieszkania, rodziny, a wybranka poznawało się w bliskich kręgach. Nie było internetu czy nie były łatwe podróże, więc usadowieni w jednym miejscu decydowaliśmy się na sąsiada czy kogoś z kręgu znajomych. Dzisiaj mamy dużo większe możliwości, co zapadło nam w głowie i nie jesteśmy gotowi na stałe związki. Dużo łatwiej powiedzieć „to koniec” zamiast naprawiać coś w związku… Próbujemy, sprawdzamy się, zwiedzamy świat, ciężko odnaleźć w tym samym czasie zadbać o związek. Stały. Jednak wszystko zależy od podejścia do tematu, dojrzałości i priorytetów… 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s