Jan Waleczne Serce.

Są miliony ludzi potrzebujących pomocy, setki tysięcy małych bezbronnych dzieci obok których przechodzimy obojętnie. Często z wyboru, gdyż wiemy że nie możemy pomóc wszystkim, lecz zdarzają się takie inicjatywy, w które powinniśmy się zaangażować. Okazuje się wtedy, że to ktoś bliski, znajomy albo my sami potrzebujemy wsparcia innych. Najczęstszą i najłatwiejszą drogą pomocy jest obecnie wrzucenie 5 zł do puszki bezdomnego bądź udostępnienie postu na Facebooku i kliknięcie „biorę udział” w tym wydarzeniu. Uciszając swoje sumienie (przeczytaj więcej). To jednak za mało… Dla mnie.

Ponad miesiąc temu przed przypadek natknęłam się na historię Mileny i Jasia. Na ogół nie uczestniczę w udostępnianiu postów, konkursach i Facebookowych tasiemcach, ale co dzień zaśmiecają mi one moją tablicę powiadomień. Na sytuację młodej mamy zwróciłam uwagę przede wszystkim dlatego, że tak wielu wspólnych znajomych udostępniało jej posty, więc i do mnie dotarła wiadomość. Czym historia Mileny różniła się od innych? Jej wolą walki, siłą o zdrowie i życie własnego dziecka. Tak jak potrafi to czynić tylko kochający rodzic.

Sama przyszła mama pisze:

Pierwsze swoje dni Jaś spędził nad polskim morzem, w Gdańsku. Miał zaledwie kilka milimetrów, nie było jeszcze wiadomo, czy będzie dziewczynką, czy chłopcem. Potem przeprowadził się do Olsztyna, ponieważ rodzice zmieniali pracę. Szybko przyzwyczaił się do blasku fleszy, chodził z mamą na plan zdjęciowy, spotykał inne fotomodelki, fotografów, poznał aktualne trendy w modzie – w końcu na zdjęciach był przykryty ubranami z najnowszych kolekcji. Aż do dnia, w którym powstało zdjęcie, które zmieniło całe dotychczasowe życie rodziców maluszka…. Zdjęcie zrobione nie na planie zdjęciowym, lecz w gabinecie lekarskim, nie ręką fotografa, lecz lekarza.

18 tydzień, kolejne badanie. Młodzi rodzice zastanawiali się, czy będzie już wiadomo, na kogo czekają – chłopca czy dziewczynkę. Myśleli, że lekarz chce im sprawić radość i sprawdza tak długo, jaka jest płeć dziecka. Lekarz sprawdzał, jednak nie to. Dokładnie oglądał serduszko, wiedząc, że może niepotrzebnie zaniepokoić rodziców albo jednym zdaniem zmienić ich radość w ogromny lęk przed utratą dziecka. – Coś jest z serduszkiem, musicie jechać do kardiologa – w końcu powiedział. Nie pomylił się, z serduszkiem naprawdę było coś nie tak, a od kardiologa pojechali od razu do Warszawy. Stwierdzono poważną wadę serca. – Ze słów lekarza zapamiętałam, że serce leży nie po lewej, ale po prawej stronie. – wspomina Milena, mama Jasia. – Dowiedzieliśmy się też, że będzie chłopak, nasz Jaś. Wada serca Jasia to: zespół prawostronnego izomeryzmu, dextrocardia, zarośnięcie hipoplastycznej tętnicy płucnej, pojedyncza komora, ubytek przegrody przedsionkowo-komorowej.

Nie ma chyba rodzica, który po takiej wiadomości nie zacząłby pytać: dlaczego? I my pytaliśmy siebie, lekarzy, Boga. W rodzinie mamy dziewczynkę z wadą serca, czy to mogło być dziedziczne? Okazało się, że nie mamy czego szukać u genetyka, wada jest poważna, ale to raczej nie geny. A jeśli chcemy ratować maluszka, nie ma czasu na szukanie przyczyn, tylko trzeba myśleć, co dalej zrobić. No właśnie, co dalej? On był i jest najważniejszy. Chcieliśmy wtedy, żeby ktoś się nami zaopiekował, powiedział, że będzie dobrze, że Jaś przeżyje, że są lekarze, którzy mu pomogą. A usłyszeliśmy, że są małe szanse na leczenie i na to, że w ogóle przeżyje. Nasz mały synek słuchał słuchał tego wszystkiego o sobie, o szacowaniu jego szans. Musiał słuchać, gdy lekarze proponowali aborcję – zgodnie z prawem, mieściliśmy się w ustawowych tygodniach, kiedy można było w ten sposób pozbyć się problemu. Słuchał też, gdy odmawialiśmy – przecież on może żyć z tą wadą! Dla nas problemem nie było to, że Jaś ma wadę serca, tylko to, żeby ktoś nam pomógł znaleźć dla niego pomoc. Nie chcieliśmy pozbawiać go życia, tylko dać mu życie, mimo że jego serduszko nie było tak zdrowe, jak nasze.

– Dałabym szansę temu dziecku – gdy pani doktor powiedziała te słowa, poczuliśmy, że nie jesteśmy sami. Uwierzyliśmy, że medycyna jest po naszej stronie i 3 operacje uratują serduszko Jasia. Jaś ma przywitać świat 28 sierpnia 2015 roku, więc pierwsza operacja czekałaby go na początku września. Pani doktor powiedziała, żebyśmy wybrali, gdzie chcę urodzić Jasia – Kraków, Katowice, Łódź. – A jaka to różnica? – myślałam. Dopiero po rozmowach z innymi rodzicami serduszkowych dzieci i przerwertowaniem dziesiątek stron w internecie zrozumieliśmy, że od tego wyboru może zależeć całe życie Jasia. Nie chcieliśmy czytać o dzieciach, które przegrały walkę już na początku, oraz tych, które w wyniku powikłań muszą zmagać się z niepełnosprawnością – to było zbyt bolesne. Chcieliśmy czytać o dzieciach, którym się udało. Wtedy okazało się, że przy tych dzieciach pojawia się często jedno nazwisko – profesor Malec, profesor Serce. Operuje najcięższe przypadki. – Polskie nazwisko, więc pojedziemy do niego. – zdecydowaliśmy. Pozostawało tylko sprawdzić, w którym szpitalu operuje. Okazało się, że ani w Krakowie, ani w Katowicach, ani w Łodzi, ani w ogóle w Polsce, tylko w Niemczech.

Do profesora napisaliśmy w piątek 12 czerwca. 16 czerwca otrzymaliśmy kwalifikację do operacji i kosztorys. Od razu zaczęliśmy zbiórkę. Póki Jaś jest w brzuszku, jest bezpieczny. Jednak to on zdecyduje, kiedy przyjść na świat i ten świat dla niego wcale taki bezpieczny nie będzie. Zaledwie kilka dni jego serce wytrzyma bez operacji. Dlatego musimy zrobić wszystko, żeby ta operacja była możliwa. Nie wątpimy, że w Polsce mamy świetnych specjalistów, którzy uratowali życia wielu małym serduszkom. Każda wada jest jednak inna. Nie chodzi o to, żeby stopniować zagrożenie życia, wszystkie dzieci powinny żyć, jednak boimy się i chcemy to nasze małe chore serduszko powierzyć w ręce profesora. W dokumentach medycznych Jaś ma wpisane, że istnieje możliwość, że wada jest nieoperacyjna. Wiele dzieci właśnie z takim wilczym biletem po ostatnią nadzieję jechało do profesora, dlatego my też podjęliśmy taką decyzję.

Już raz Jaś mógł pożegnać się z życiem, jednak my, jako jego rodzice musimy walczyć o naszego synka do końca. Walczymy też ze stresem, żeby Jaś nie przyszedł zbyt wcześnie na świat, walczymy z naszymi lękami, z poczuciem bezsilności. Gdy nie czuję, że Jaś kopie, wpadam w panikę. Na szczęscie zaraz przypomina mi o sobie, pokazuje, jaki jest silny. Mówię mu wtedy, żeby rósł i nabierał sił – przed nim operacja ratująca życie.

Do 6 miesiąca Jaś jeździł ze mną na plan zdjęciowy do pracy. Teraz czeka nas najważniejsza podróż – po naprawione serduszko, które przez pół roku pozwoli Jasiowi żyć, potem kolejna operacja. Gdyby chodziło tylko o samą podróż, od sierpnia byśmy czekali pod szpitalem, jednak najpierw musimy zebrać pieniądze, bo NFZ nie pokryje operacji za granicą. I to jest najważniejsze zadanie na ten krótki czas do narodzin Jasia. W tym czasie prosimy i będziemy prosić o pomoc każdego, bo tylko w ten sposób nasz synek będzie mógł żyć mimo chorego serduszka. Jeśli tu jesteś, pomóż nam ratować nasze dziecko…

Milena”

Gdy weszłam na stronę zbiórki było tam około 20% potrzebnej kwoty do zebrania, wiedziałam więc że chcę zrobić coś więcej. Tak zrodził się w mojej głowie pomysł Charytatywnego Treningu „Serce Jasia” w Olsztynie. Jako zwolenniczka sportu, pragnę połączyć pasję, jaką jest aktywność fizyczna z pomaganiem innym. Chcę zrobić coś więcej dla maluszka niż udostępnienie postu i wpłacenie kilku złotych. Zainicjowałam pomysł, który z każdym dniem nabierał coraz wyraźniejszych kształtów i kolorów. Zaczęły się telefony, wiadomości, pytania i tak oto, w sumie zaangażowało się w organizację przedsięwzięcia kilkanaście osób. Najlepszych wujków i cioć na świecie, którzy 15 sierpnia będą w Olsztynie pomagali z dobroci serca.

Na dzień dzisiejszy Milena jest już pod opieką lekarzy w Niemczech, udało się uzbierać całą potrzebną kwotę. Czy można zrobić więcej? Tak, wciąż potrzebne są fundusze na leczenie Jasia, więc Charytatywny Trening odbędzie się. Nawet dwa! 22 sierpnia planuję kolejny trening, tym razem w Warszawie. Wojowniczki będą zmagały się z kick-boxingiem.

Organizacja tych przedsięwzięć zabiera dużo czasu, energii, ale daje niesamowitą radość… Tworzenia dobra, czegoś więcej. Na dzień dzisiejszy wciąż jest zgłoszonych mało chętnych, ale wierzę że Olsztynianie pokażą siłę i za dwa dni zawalczą o siebie oraz Jasia. Ja zrobiłam wszystko co w mojej mocy. Potrafię pomagać.

serce jasia

Jeżeli chcesz wpłacić pieniądze na trening: wspomóż(klik)

Jeżeli chcesz pomóc: skontaktuj się ze mną.

Plakat wykonał Piotr Duraj: daj like’a Piotrowi za piękny plakat.

Tekst Mileny: http://www.siepomaga.pl/serce-jasia

Zdjęcie: tasteaway.pl

K.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s